Narew pomiędzy Wizną, a Łomżą otwiera przed wędkarzem spinningistą
nieograniczone pole do popisu. Na piaszczystych płaniach można kusić
bolenia, na starorzeczach "paproszyć" za okoniem, wpuścić
woblerek pod zalane trawy w poszukiwaniu jazia, obłowić przelewy polując
na klenie, penetrować 7-10 metrowe doły wabiąc sumy, czy też opukując
dno - łowić sandacze.
Sandacz - właśnie ta ryba potrafiła spędzać mi sen z powiek, gdyż
jako jedna z niewielu nie występuje w bezpośrednim pobliżu mojego
miejsca zamieszkania, przez co nie mogłem łowić jej tak często jak
bym chciał. Jeziorowe sandacze miałem już "zaliczone", lecz
rzeczne pozostawały przez długi czas poza moim zasięgiem. Dopiero
na rzece Narew, na zakrętach poniżej Bronowa, przekonałem się, że
kontakt z rzecznym sandaczem może być czymś więcej niż dziełem przypadku.


Głównym problemem w łowieniu mętnookich w rzece jest ich zlokalizowanie.
Zakręty Narwi pomiędzy Bronowem, a Krzewem obfitują w te ryby, co
w znacznym stopniu zacieśnia rejon poszukiwań.
Sandacze zajmują w rzece, w zależności od pory roku, różne stanowiska.
I tak latem, gdy woda jest ciepła i mniej natleniona - ustawiają się
one na prostkach, gdzie uciąg wody jest dość silny. W miejscu takim
nie musi być głeboko, 1,5-2,0 metry w zupełności wystarczy. Oczywiście
w dni słoneczne sandacze chowają się pomiędzy zatopionymi pniami drzew
i korzeniami, których na tym odcinku nie brakuje. Dopiero wieczór
i wczesne godziny nocne sprawiają, że wypływają z kryjówek i kierują
się na płycizny w poszukiwaniu drobnicy. Można je wtedy łowić na uklejopodobne,
płytko schodzące woblery. Regułą jest to, że w dzień szukamy aktywnie
sandaczy w ich kryjówkach i w bezpośrednim ich pobliżu, zaś wieczorem
jest szansa na to, że to sandacz "będzie szukał nas". Na
przełomie października i listopada sandacze grupują się w większe
stada i gromadzą na głębokich zakrętach, w kilkumetrowej głębokości
rynnach, przy stromych, oberwanych skarpach, gdzie już metr od brzegu
jest kilka metrów głębokości. Takie miejsca trudno jest obłowić nawet
najcięższym sprzętem. Żyłka do takich połowów nie może być zbyt gruba,
max 0,25mm. Dość dobrze sprawdziła się plecionka, która przekazywała
doskonale sygnały o tym co dzieje się pod wodą. Jako przynęty stosować
można wszelkiego rodzaju gumy, zarówno twistery, jak i rippery - na
bardzo ciężkich 15-25 gramowych główkach. Warto też spróbować łowienia
na koguty. Przynęta ta stawia mały opór w wodzie i pozwala utrzymać
stały kontakt z dnem, co jest bardzo ważne przy łowieniu sandaczy.

Technika łowienia jest prosta, zarzucamy przynętę na połowę rzeki,
czekamy aż opadnie do dna, następnie energicznym szarpnięciem podrywamy
ją max 0,5m ponad dno i na napiętej żyłce pozwalamy opaść z powrotem,
po czym czynność powtarzamy. Branie następuje zazwyczaj w ostatniej
fazie "lotu" przynęty tj. podczas opadania. Częstym "przyłowem"
podczas stosowania tej techniki łowienia będą szczupaki i to wcale
niemałe.
Każdą miejscówkę należy obrzucać dokładnie, bowiem sandacz na pewno
nie jest rybą pierwszego rzutu. Warto jest zmieniać zarówno przynęty,
kąt ich ściągania oraz agresywność prowadzenia.

Z drogi głównej trasy Wizna - Łomża zjechać można nad samą wodę i
poruszać się wyjeżdżoną polną dróżką. Nie polecam jednak tego osobom,
które mają samochody z niskim zawieszeniem ani tym bardziej po deszczu.
Polna dróżka zmienia się wtedy w śliską i grząską maź. Zakrętów na
opisywanym odcinku jest bardzo dużo, wręcz nakładają się na siebie.
Dokładnie obłowienie kilku z nich może zająć nawet cały dzień, zaś
powrót do samochodu na skróty, po linii prostej, zajmie zaledwie kilkanaście
minut.
Rzeka jest bardzo urozmaicona. Zatopione drzewa, piaszczyste prostki,
krzaki, starorzecza, kilkumetrowe doły, zerwane burty - to wszystko
spotka każdy, kto tu przyjedzie. Według mnie największą atrakcją rzeki
są sandacze (łowiono tu okazy przekraczające 10kg), lecz być może
ktoś będzie miał ochotę złowić szczupaka, okonia, suma, jazia, klenia
czy bolenia - Narew na tym odcinku będzie potrafiła mu to zapewnić.