"Ta MOJA..."
Dzień, jak co dzień, tyle że zapowiadana jest nagła zmiana pogody.
Dzieciaki właśnie zaczynają swój kolejny rok szkolny, jest bowiem 1
września. Schyłek lata, czas na pierwsze przymrozki. Czas też na naprawdę
wielkie łowy.
Nad wodą jestem o 9.00, ale zanim udało mi się rozłożyć cały sprzęt,
mija prawie godzina. Dwie wędki: - Mikado Magic Spin 270cm z kołowrotkiem
Shimano Stradic 2000 i Konger Champion Classic 275cm z kołowrotkiem
Daiwa Regal-X. Zamontowałem echosondę, lubię wpatrywać się w jej ekranik,
jednak funkcję Fish Alarm mam wyłączoną, nie zniósł bym ciągłego pikania
i ryczenia, po napłynięciu nad stadko ryb. Wolę wsłuchiwać się w szum
wiatru, fal, stukot wioseł o burtę łódki? Właśnie, co do łódki, to z
nią miałem największy problem. Poziom wody spadł bowiem na tyle, że
pływadełko znalazło się o 5 metrów od wody. Na szczęście udało mi się
ją jakoś przeciągnąć, po mokrych jeszcze osadach dennych i resztkach
naniesionego mułu.
Płynę sam, nie udało mi się nikogo namówić na wyjazd w środku tygodnia.
Wiatr dość silny, ale z prognozy pogody na Onecie wynikało, że po południu
ma się zmniejszać. Dopływam do trzcinowej wysepki, już w pierwszych
rzutach mam kontakt z drapieżnikami. Łowię na 5cm kopytka w naturalnych
barwach. Teraz szczupaki żerują pod brzegami na podrośniętym już narybku.
Kolejne przekotwiczenie, rzut w stronę wysepki i po kilku obrotach korbką
delikatne zassanie przynęty. Zacinam z wyczuciem i już po chwili czuję
przepiękne pulsowanie i następuje krótki odjazd - maluchy tak nie walczą.
Szczupak chlapie pyskiem na powierzchni, przed sama łódką wyskakuje
jeszcze cały z wody. Po chwili mam go już na pokładzie. Jest piękny,
ładnie ubarwiony i w znakomitej kondycji. Tylko kto teraz zrobi mi z
nim zdjęcie? Jestem sam na łodzi, ale od czego jest samowyzwalacz w
aparacie. Kładę aparat na plecaku, ustawiam autofocus i wciskam migawkę.
Pierwsze zdjęcie nie wyszło za dobrze, źle wybrałem ekspozycję. Przestawiam
odrobinę aparat i powtarzam ujecie. Tym razem foto wychodzi prawie bez
zarzutu. Ten patent przyda mi się tego dnia jeszcze nie raz.

Zanim dopłynąłem do końca wysepki, miałem jeszcze kilka krótkich zębaczy.
Parę niewymiarowych zaciąłem trollingując. Czasem cięższy spinning też
się przydaje.
Odpalam GPS'a, mam zaznaczone górki podwodne na środku zalewu, tam też
lubi podpływać drapieżnik. W trzecim napłynięciu, na skraju jednej z
górek trafiam na żerujące okonie. Właśnie uspokoił się wiatr i widzę
wokół siebie tysiące drobnych styneczek i uklejek. To na nich żerują
okonie. Rzucam i łowię, przynęta taka sama jak na szczupaka, kopytko
w naturalnych barwach, rozmiarem zbliżone do pływającej wokół drobnicy.
Co rzut mam branie, okonie atakują jednak przynętę tylko wtedy gdy prowadzę
ją z głębszej wody, na płyciznę. Branie następuje w momencie wyprowadzania
kopytka z 3,5 metrowej wody na 2 metrowy blat przy szczycie górki.

Ryby nie są duże, w granicach 18-25cm, ale dają mi niesamowicie dużo
radości. Brania są bardzo agresywne, nie muszę w zasadzie zacinać, ryba
po prostu wiesza się na zestawie sama. Niedaleko mnie kreci się łódka
z 3 spinningistami na pokładzie. Szybko zauważają, że co chwilę holuję
rybę. Podpływają i kotwiczą w odległości 50m ode mnie. Rzucają wszelkiej
maści przynętami, od wahadłówek, na obrotówkach i woblerach kończąc.
Przez godzinie nie mają jednak ani jednego brania, podczas gdy ja wyjąłem
w tym czasie ponad 30 okoni. Proponuję im zajęcie miejsca obok siebie,
jednak odmawiają mówiąc, że dla nich te okonie są za małe. Za małe???
Do czego za małe, 25cm okoń przepięknie walczy na wędce!!! Po chwili
rezygnują zupełnie z łowienia i odpływają.

Zostaję znowu sam, zaczyna wiać wiatr, ale nie ma to wpływu na brania
okoni. Postanawiam skorzystać z dobrodziejstw techniki i nagrać krótki
film z połowu. Ustawiam aparat na prowizorycznym statywie zrobionym
z plecaka i włączam nagrywanie. Ustawiam się odpowiedni, żeby było widać
brania i hole. Rzucam, zacinam, holuję, próbuję jakoś komentować to,
co się akurat dzieje. Troszkę dziwnie czuję się w roli aktora, to będzie
mój pierwszy film wędkarski. Okonie biorą jak na zawołanie, przepięknie
ubarwione dwudziestki, czasem trafi się większy. Doprowadzam je do łódki,
podnoszę na wędce, odczepiam, buzi i do wody- zupełnie jak Rex Hunt.
W sumie nagrałem 20min filmu. W domu przeglądam rezultat na ekranie
monitora w komputerze, coś wspaniałego. Nie podziewałem się, że to może
wyjść aż tak ciekawie. Ujęcie jest co prawda dość monotonne, bowiem
aparat leży cały czas w tym samym miejscu, ale dla mnie film ten ma
wartość 100 razy większą niż profesjonalnie nagrana kaseta wideo z udziałem
znanych łowców.

Na koniec zabieram kilka okoni, będą stanowić wspaniałe uzupełnienie
złowionego wcześniej szczupaka. Spływam do brzegu, zbliża się wieczór,
a ja mam jeszcze ponad 1,5km do brzegu na wiosłach. Zatrzymuję się jednak
jeszcze na chwilkę pod trzcinową wysepką, przy której łowiłem rano.
Kilka kontrolnych rzutów i? siedzi. Idzie jakoś tak opornie, ale bez
specjalnych zrywów, po chwili mam go w odbieraku. Szczupak - ale klocek!!!
Ale żeby tak zupełnie bez walki, jestem troszkę zawiedziony. Przykładam
miarkę 69cm, waga w Boga-Gripe wskazuje 2,5kg. Całkiem niezły dzień,
a nic wcześniej nie zapowiadało takich połowów. Ustawiam po raz kolejny
aparat i włączam samowyzwalacz. Mam już pewną wprawę w robieniu zdjęć
w taki sposób po dzisiejszym dniu.

O zachodzie słońca jestem na brzegu, nałowiłem się za wszystkie czasy.
Jest pięknie, taka już "ta MOJA?" Siemianówka.