CUDA NA KIJU
Dwie pary rękawiczek polarowych pomogły. Ciężko mi
było oddać celny rzut, ale tym razem nie było to potrzebne, łowiłem
bowiem na łowisku specjalnym (prostokąt o wymiarach 300x100m). Mój
komfort był tym razem o wiele ważniejszy niż sam proces łowienia a
odpowiednie samopoczucie zapewnić mi mogło jedynie ciepłe ubranie.
Pomimo temperatury bliskiej zeru stopni, wybrałem się z kolegami w
miejsce, gdzie pomimo niesprzyjającej aury mogliśmy liczyć na kilka
brań. Przez jednych miejsca takie nazywane są łowiskami specjalnymi,
a przez innych "burdelami", a to ze względu na komercyjny
charakter takiego miejsca. Można jednak powiedzieć, że wszystkie wody
są mniej lub bardziej komercyjne. Jeziora mają prywatnych właścicieli
- spółki, gospodarstwa rybackie, które się nimi opiekują za pieniądze
wędkarzy lub pozyskane ze sprzedaży ryb. Podobnie jest teraz z rzekami.
Nie chodzi więc tu o to, czy się płaci, bo płacą wszyscy oraz ile,
ale o to komu się płaci i jak ta osoba pozyskane pieniądze potrafi
wykorzystać. Jeśli w wodzie będą ryby, gotów jestem zapłacić więcej,
byle by mieć pewność, że pieniądze nie pójdą w przysłowiowe błoto.
Właściciel łowiska nad którym byliśmy jest na pewno dobrym gospodarzem,
bo łowiąc u niego po raz pierwszy, udało mi się skusić do brania szczupaki
o rozmiarach 50,72,82cm oraz kilka około trzydziestocentymetrowych
okoni. Miałem też branie, po którym nastąpił kilkumetrowy odjazd,
lecz ryba się wypięła.

Zachęceni tymi wspomnieniami oraz pewni tego, że ryby
są w tej wodzie, bowiem ostatnio wszystkie wypuściłem, rozpoczęliśmy
czesanie wody. Ja rzucałem różnej wielkości ripperami, Krzysiek próbował
z woblerem, a aXon pławił Kopyta. Pierwsze branie było właśnie na
Kopyto, ale aXon oszczędnościowo nie założył przyponu, porażka...
Potem było długo, długo nic. Woda szybko obmarzała wokół przelotek,
tworząc grube pierścienie aż do połowy wędki, wiał do tego bardzo
silny wiatr. Nastrój powoli przestawał być aż tak optymistyczny jak
na początku.
Około południa miałem na środku stawu coś jakby zaczep, który po chwili
ruszył. Jakże miłe jest to uczucie, krew zaczyna szybciej krążyć i
od razu zapomina się o mrozie. Niestety po kilku sekundach musiałem
tupnąć nogą "cholera, spięła się".
Kolejna godzina rzucania nie przyniosła nic poza kilkoma delikatnymi
niby braniami. O 13.15 powtórzył się scenariusz z zaczepem. Rzut,
parę obrotów korbką kołowrotka, stop... i jedzieeee... Krzyknąłem
do kolegów, którzy byli akurat po drugiej stronie stawu. Popatrzyli
troszkę z niedowierzaniem na moją wygiętą wędkę, lecz powoli ruszyli
w moją stronę. Zajęło im kilka dobrych chwil dotarcie do mnie, a ryba
wciąż wybierała żyłkę z kołowrotka. Zmęczyło mi się przedramię, więc
oparłem dolnik wędki o brzuch na wysokości pasa i tak jak w połowach
morskich zacząłem powolne pompowanie. Po kilku odjazdach ryba osłabła
i po raz pierwszy pokazała się pod powierzchnią, jakieś 50m od brzegu.
Walka była dziwna, bowiem ryba parła jedynie do przodu, w kierunku
przeciwnym do holowania. Nie było gwałtownych zrywów, szarpania łbem,
parcia w dno, jedynie pokaz brutalnej siły. Przy brzegu okazało się,
że sprawcą całego zamieszania była tołpyga! Nie mieliśmy podbieraka
i nie za bardzo wiedziałem jak z tą nową dla mnie rybą mogę postąpić.
Ostatecznie wybrałem podpowiedziany mi przez Krzyska - chwyt łososiowy
za ogon.

Ciężko było, ale w końcu się udało. Nie chcąc zbyt długo
trzymać ryby na zimnym powietrzu, szybko zrobiłem niezbędne pomiary
i po krótkiej sesji ryba wróciła do wody. 85cm i 7,5kg szczęścia odpłynęło
powoli, by móc spokojnie czekać na nadejście zimy.
Gdy wróciliśmy do samochodu okazało się, że ochłodziło się do -2*C.
Jeszcze parę dni i staw pokryje się lodem, spadnie pierwszy śnieg,
będę miał chwilę oddechu i ryby też...