Catch & Release
To miał być kolejny zwyczajny wyjazd, ale o tyle przyjemniejszy
od innych, że nie miałem ograniczeń czasowych, nikt mnie nie ponaglał,
nie deptał po piętach... tylko ja, woda, urlop i ryby.


Dzień wcześniej padało dość intensywnie, więc nauczony
doświadczeniem spróbowałem na pierwszy ogień posłać do wody twisterka
imitującego robaka, wymytego przez deszcz. Po kilku rzutach wyjąłem
pstrążka i mikro szczupaczka. Po kilkuset metrach rzeka zwęziła się
i nie byłem w stanie utrzymać gumki na 3g główce w bystrym nurcie,
więc postanowiłem połowić woblerem. Zacząłem od fluo pomarańczowego,
liczyłem bowiem na grubego kropka. Po kilkunastu rzutach w przynętę
uderzył... kleń.

W sumie nic szczególnego, w tej rzece ryba ta występuje
dość licznie, zdziwił mnie jednak kolor wabia na który się połakomił.
Poprzednie ryby wypuściłem, więc pomyślałem sobie a może by tak Catch
& Release? Popularyzowana ostatnio we wszystkich mediach wędkarskich
doktryna polegająca na łowieniu i wypuszczaniu złowionych rybek, przemówiła
również i do mnie. Pomyślałem, że przecież wynikają z tego same plusy,
po pierwsze nie muszę dźwigać złowionych ryb na plecach, mniej się
przez to męczę, a co za tym idzie mogę lepiej skupić się na łowieniu.
Po drugie, gdy wypuszczę rybę, to jest szansa, że uda się jej jeszcze
podrosnąć i kiedyś złowię ją po raz drugi.

Nie musiałem długo czekać by przekonać się, że dobrze
robię uwalniając kolejne ryby. Co chwilę na wędce wieszał się piękny
klenik, na zastoiskach atakowały szczupaki. Jeden z nich miał wyraźne
szramy na grzbiecie i uszkodzony ogon, być może wydra próbowała zrobić
z niego obiad. Klenie brały gdy przytrzymywałem wobler w jednym miejscu
grając nim jedynie przy użyciu wędziska, zaś szczupaki atakowały jednostajnie
ściąganą przynętę.
Brzegi były dość wysokie, więc nie zawsze udawało mi się wypuszczać
rybę z należytym szacunkiem, po prostu wrzucałem ją do wody "na
główkę".

Problem z wypuszczeniem to nic w porównaniu z tym, jak musiałem się
męczyć próbując podnieść zdobycz na 2 metrową skarpę bez użycia podbieraka.
Największego klenia musiałem wciągać po brzegu na samej żyłce. Jak
się później okazało był zapięty tylko za jeden grot kotwicy i to że
się nie wypiął przy takim manewrze to istny cud. Kilka ryb wyjąłem
również na obrotówki, ale ryby zdecydowanie wolały woblerki o bardzo
agresywnej ogonowej akcji.


Nałowiłem się do woli, w sumie przez moje ręce przewinęło się 11 kleni,
4 szczupaki i jeden pstrąg. Liczyłem jeszcze na okonia, ale widocznie
nie był to jego dzień.
Namawiam do wypuszczania złowionych rybek, przynajmniej raz na jakiś
czas, w ten sposób możemy zrobić coś pożytecznego, coś co może zaprocentować
w przyszłości.
ARTFISH